Zdrowe przepisy dla całej rodziny

Tag: żywienie dzieci

Jadłospis 16 miesięcznego dziecka (wegetariański)

Jadłospis 16 miesięcznego dziecka (wegetariański)

Dawno na blogu nie pojawił się żaden jadłospis. Ostatnio obserwuję kilka profili na Instagramie, gdzie mamy prezentują co jedzą dzień po dniu ich maluszki podczas rozszerzania diety. Bywa to dla mnie bardzo inspirujące, nie tylko jeśli chodzi o przepisy, ale nawet sposób podania. Jest to też okazja, by zobaczyć co oraz ile jedzą dzieci w podobnym wieku do naszych, stąd zamierzam publikować krótsze wpisy, już nie tygodniowe, za to częstsze.

Jak Francuzi to robią, że ich dzieci jedzą wszystko?

Jak Francuzi to robią, że ich dzieci jedzą wszystko?

Marzeniem każdego rodzica jest to, by dziecko jadło wszystko. Najlepiej wszystko co nałożymy mu na talerz. Zdarzają się takie dzieci, jednak dużo jest też dzieci z mniejszą lub większą wybiórczością pokarmową, które najchętniej jadłyby słodycze, sam makaron czy chleb z masłem. Część rodziców poddaje się i podaje dzieciom ich ulubione potrawy. Problem zaczyna się, gdy dziecko takie trafia do przedszkola, gdzie nie ma możliwości wyboru, a ni tym bardziej nikt nie gotuje dla dziecka drugiego obiadu, gdy nie pasuje mu to, co jedzą pozostali członkowie rodziny.

Błędy, które popełniłam podczas rozszerzania diety moich dzieci

Błędy, które popełniłam podczas rozszerzania diety moich dzieci

Choćbyśmy jak dobrze byli przygotowani do rozszerzania diety dziecka, to zawsze znajdzie się coś, co moglibyśmy zrobić lepiej czy inaczej. Pierwsze dziecko siłą rzeczy jest takim naszym doświadczalnym królikiem. Przy każdym kolejnym dziecku jesteśmy bogatsi w swoje doświadczenia, ale też zdobywamy nową wiedzę o żywieniu czy zmieniają się zalecenia.

Mam troje dzieci i różnica między najstarszą córką a najmłodszą wynosi dokładnie cztery lata i jeden dzień. W tym czasie zmieniły się zalecenia i podejście (przynajmniej części lekarzy) do żywienia dziecka. Większą zwiększa się uwagę na to, że to ostatecznie dziecko decyduje, ile zje. Nie ma też znaczenia kolejność wprowadzania produktów, którego przestrzegałam przy dwójce dzieci.  Jest bardzo niewiele produktów, których niemowlę rzeczywiście nie powinno spróbować przed ukończeniem pierwszego roku życia, co znacznie powiększa pole do popisu podczas przygotowywania posiłków. Dzisiaj zalecenie związane z podawaniem najpierw żółtka, a potem całego jajka wydaje się już strasznie archaiczne. Przy najmłodszej Anieli wiele produktów wprowadzałam znacznie wcześniej, także z tego względu, że rozszerzałam jej dietę metodą BLW i dostawała rzeczy z naszego talerza, a nie gotowałam jej oddzielnych posiłków.

JAKIE BŁĘDY POPEŁNIAŁAM?

  1. Zbyt proste posiłki – przez pierwsze dwa miesiące posiłki były bardzo proste typu same warzywa na parze, przecier warzywny czy płatki ryżowe z jabłkiem. Teraz wiem, że należy zwracać szerszą uwagę na to, by dostarczać w każdym posiłku źródła żelaza czy białka i teraz nawet przy prostych posiłkach zastanawiam się czy coś jeszcze można by dodać. Ostatnio sprawdza się u mnie położenie przed córką łyżeczki z masłem orzechowym czy jakąś pastą. Zwykle cieszy się taki dodatek większym zainteresowaniem niż podane na kanapce. 

  2. Zapominanie o źródłach tłuszczu – nawet 30 % zapotrzebowania kalorycznego dziecka powinny stanowić tłuszcze. Tymczasem w naszym domu jemy ugotowane ziemniaki czy warzywa na parze bez  żadnej omasty. Starsze dzieci tak się przyzwyczaiły do tego, że gdy zaproponuję dodatek masła czy jogurtu to nie chcą, bo wygodniej jeść im same ziemniaki, bo mogą je sobie wygodnie, nawet ręką, włożyć do buzi.

  3. Unikanie brudzących jedzeń – planując dania, które dzieci dostaną do rączki, zwykle dbałam o to, by wygodnie się je trzymało i nie były zbyt brudzące, stąd wybierałam kluseczki bez sosu, sam makaron, owoce, kanapki czy chrupki. Jaki jest tego efekt? Dzieci właśnie takie dania preferują. Trudno jest namówić starszaki do spróbowania makaronu z sosem, nie chcę tknąć sałatki i większości dań, w którym nie widać poszczególnych składników. Ich ulubioną zupą jest bulion warzywny z makaronem i trudno namówić je na coś innego, a przecież zaczynały rozszerzanie diety od zblendowanych zupek i chętnie je jadły! Byłam zaskoczona, że najmłodsza córeczka zaczęła lepiej jeść właśnie, gdy zaczęłam jej podawać częściej jogurt, owsiankę w miseczce czy zupę w kubeczku. Zupy i koktajle to jej ulubione dania, które często wyjadała po prostu palcami, a teraz gdy ma 14 miesięcy łyżeczką.

  4. Nie proponowanie dzieciom wszystkich potraw, które przygotowuję – wiadomo, że na początku unikamy soli i cukru, więc nie możemy podać każdej rzeczy, którą jemy. Natomiast zbyt długie zwlekanie z podawaniem normalnego jedzenia może przyczynić się do tego, że dzieci nie będą chciały ich próbować w przyszłości. Rzadko gotuję jakieś danie stricte pod dzieci. Gotuję to na co mam ochotę i jemy to samo. Czasem jednak dopasowuję sposób podania do ich smaków np. zamiast chilli wolą zjeść osobno kukurydzę, fasolę i paprykę, więc zwykle odkładam im trochę warzyw w tej formie. Natomiast warto przynajmniej zaproponować to, co się przygotowało innego lub dać możliwość, by dziecko sobie samo nałożyło lub przynajmniej widziało jak jemy. Starsze dzieci mimo dość wyraźnie wyrobionych sobie smaków potrafią mnie zaskoczyć, gdy podbierają mi placki z buraczanym hummusem czy muszę ukrywać przed Kostkiem słoik z kokosowym bekonem.

  5. Trzymanie się starych przyzwyczajeń i nawyków żywieniowych – z tym jest trudno czasem walczyć, bo wpojone mi przez moją mamę zasady zwykle gdzieś kołaczą się w głowie. Ja przyzwyczaiłam się do tego, by nie pić zaraz po posiłku, bo to wyniosłam z domu. Zauważyłam jednak, że dzieciom często może być trudno bez popicia zjeść zwłaszcza jakieś suche jedzenie. Poza tym rzadko wołają, że chce im się pić, więc wykorzystując to, że są już zwołane do kuchni, przygotowuję im do każdego posiłku jakiś napój. Staram się przełamać pewne nawyki i proponować częściej warzywa oraz owoce do dań, do których tradycyjnie ich nie dodawałam. Obok jajecznicy nakładam dzieciom np. pomidorki czy oliwki, a obok placków świetnie sprawdzają się pokrojone owoce, które często znikają w pierwszej kolejności.

  6. Ograniczanie się do podawania ulubionych przez dzieci produktów – znam mamy, które tygodniami potrafiły podawać dzieciom naleśniki czy ziemniaki z kotletem, bo dzieci akurat tylko to chciały jeść. Nie gotowałam też nigdy drugiego obiadu, gdy dzieci pogardziły tym, co zaproponowałam. Jednak wykład Zuzanny Anteckiej o różnorodności uświadomił mi, że najczęściej na talerzach dzieci lądują pomidorki koktajlowe, bo je lubią, a tymczasem od dawna nie proponowałam im rzodkiewki, której tak naprawdę jeszcze nie zdążyły polubić. Mimo tego, że staram się gotować różnorodnie, to są dania i produkty, które pojawiają się regularnie na naszym stole, bo mam pewność, że dzieci je zjedzą. Jeśli gotuję coś nowego np. curry, to dodaję im na talerz jakieś pewniki typu ryż i ogórki. Gdy zależy mi, by zjadły coś podczas wizyty u rodziny czy w przedszkolu to też sięgam po sprawdzone dania jak rosół czy kotlety sojowe.

A CO UDAŁO MI SIĘ WYKLUCZYĆ PRZY KOLEJNYCH DZIECIACH?

  1. Picie z kupka-niekapka – ten kubek wydawał się świetnym rozwiązaniem, bo dzieci nie rozlewały wody i mogły pić z niego nawet w łóżeczku (butelka była w użyciu tylko podczas moich wyjść z domu i to przez kilka miesięcy). Okazało się jednak, że dzieci miały potem problem z przestawieniem się na zwykły kubek. Róża poszła już do przedszkola, gdzie piła z kubka bez przykrywki, a w domu płakała, że musi pić ze swojego ulubionego kubka z ustnikiem. Dopiero, gdy wieczko się poluzowało i przestało spełniać swoją funkcję, nagle okazało, że dzieci radzą się też świetnie ze zwykłym kubkiem. → Przy Anieli w ogóle ominęłam ten etap i od razu (ale to było później niż w 7 miesiącu) podawałam doidy cup lub kubeczek z uszkami bez wieczka. Ma teraz 14 miesięcy i pije z kubka zupę, wodę czy koktajl. Trochę porozlewa, więc nalewam nie dużo na raz, ale większość trafia do buzi.

  2. Przejście z karmienia piersią na mleko krowie – przy odstawianiu córki od piersi w 15 miesiącu zdecydowałam się wprowadzić jej mleko krowie w nocy i do zasypiania. Ponieważ wkrótce zaszłam w kolejną ciążę, bardzo źle wspominam nocne pobudki i podgrzewanie Róży mleka. → Przy synku zrezygnowałam z przyzwyczajenia go do regularnego picia mleka (którego nie uważam za niezbędny w diecie produkt i w domu pojawia się może raz w miesiącu). W nocy proponowałam mu wodę i szybko okazało się, że nocne picie w ogóle nie jest mu potrzebne. Nadal z przyzwyczajenia przygotowuję mu przed spaniem kubeczek z wodą, ale już tylko sporadycznie po niego sięga. Zwykle po przebudzeniu, po prostu biegnie do naszego łóżka i zasypia w nim, nawet nie wiem kiedy.

  3. Picie wody z sokiem – gdy czytam teraz jadłospis mojej córki, gdy miała 1,5 roku, już widzę w nim, że do picia pojawił się tłoczony sok owocowy z dodatkiem wody. W tym czasie córka piła także wodę, mleko czy herbatki. W którymś momencie zaczęła jednak żądać tylko wody z sokiem i bardzo niechętnie sięgała po samą wodę, i ten stan trwa właściwie do teraz. Pomimo tego, że mocno rozcieńczam ten sok, to jest to jednak przyzwyczajenie do słodkiego smaku oraz ma wpływ na podniesienie poziomu glukozy we krwi. Staram się teraz podawać słodsze napoje tylko do posiłków i częściej proponować samą wodę. → Najmłodszej córce poza koktajlami, zupą czy sporadycznie sokiem z wyciskarki podaję tylko wodę. I mam nadzieję jak najdłużej ten stan utrzymać.

 

Warto mieć świadomość, co możemy poprawiać na lepsze i na co zwracać uwagę przy karmieniu naszych dzieci, pamiętajmy jednak, że nie na wszystko mamy wpływ. Wprawdzie najmłodsza córka chętniej próbuje makaronów z sosem, za to mając 14 miesięcy jeszcze nie przekonała się do świeżych ogórków czy jajecznicy. Pomimo tego, że przez pierwsze lata życia najstarsza córka codziennie piła ze mną różne koktajle, to żadnego nie wypije więcej niż dwa łyki, bo po prostu nie odpowiada jej smak czy konsystencja. Dzieci mają swoje preferencje dotyczące smaku czy konsystencji i nawet przez częste proponowanie alternatyw mogą nie chcieć się do nich przekonać. Przecież żaden dorosły nie je tylko suchego chleba czy naleśników z dżemem. Dzieci w końcu dojrzeją do próbowania innych dań. Wprawdzie od nas zależy, co dziecku podamy, ale od niego czy to zje i w jakiej ilości, stąd zamiast się biczować i zamartwiać, warto czasem wrzucić na luz, pozwolić dziecku zjeść to, na co ma ochotę, by móc cieszyć się wspólnym posiłkiem.

Co robić, gdy dziecko nie chce jeść?

Co robić, gdy dziecko nie chce jeść?

Ten problem to jedna z najczęstszych przyczyn niepokojów rodziców dotycząca ich dzieci. W wyszukiwarce można znaleźć mnóstwo artykułów czy zapytań na forach na ten temat. Słowo niejadek odmieniane jest w nich na różne sposoby. Tymczasem jeszcze wiek temu problem dzieci, które nie chcą jeść w ogóle nie istniał.

Jadłospis dla 9 miesięcznego dziecka (wegetariański, zimowy)

Jadłospis dla 9 miesięcznego dziecka (wegetariański, zimowy)

Uwielbiam wypróbowywać nowe przepisy, ale ostatnio często wracam do swoich starych, wypróbowanych przepisów. Ponownie mam w domu niemowlę, więc przydatne są proste potrawy, których pełno u mnie na blogu. W tym tygodniu ponownie zachwyciła mnie prostota kluseczek z ugotowanego ryżu, które były gotowe w 7 […]

Nasze początki BLW

Nasze początki BLW

Mówi się, że do trzech razy sztuka, dlatego w przypadku mojego trzeciego dziecka czyli Anielki zdecydowałam się od początku rozszerzać jej dietę metodą BLW. W przypadku starszaków starałam się jak najczęściej proponować im do jedzenia coś do rączki, ale początki były tradycyjne. Synowi proponowałam jako pierwsze ugotowane warzywa, ale za szybko się poddałam i pojawiła się łyżeczka.

Jak wyglądały początki w przypadku Anieli?

Jednym z warunków rozpoczęcia BLW jest to, że dziecko siedzi w miarę stabilnie, co nie jest równoznaczne z tym, że samo siada. Córeczka skończyła właśnie 8 miesięcy i nadal jeszcze nie siedzi, bo jest to raczej ten typ chętnie eksplorujący świat z pozycji podłogi. Zaczęła zatem przygodę z BLW na moich kolanach, gdy skończyła pół roku. Chociaż wydawało mi się, że już sporo wiem o tej metodzie, to cały czas uczyłam się na własnych błędach. Gdy dałam miseczkę, to okazywało się, że cieszy się większym zainteresowaniem niż jej zawartość. Eksperymentowałam też z wielkością kawałków oraz stopniem ugotowania warzyw, od których zaczynaliśmy. Niestety większość rzeczy była rozgniatana w rączce, łącznie z bananem, który został podany częściowo ze skórką, by niby łatwiej było go trzymać.

Gdy już w końcu coś trafiło do buzi, to okazało się, że córeczka wypychała jedzenie językiem. Ponieważ jest to objaw tego, że dziecko nie jest jeszcze gotowe, to robiłam przerwę i ponawiałam próbę za 2-3 dni. Po doświadczeniach ze starszymi dziećmi wiem, że pierwszy miesiąc to czas, gdy dziecko dopiero uczy się co w ogóle ma robić z tym, co trafia do jego buzi i zjada przez ten czas naprawdę symboliczne ilości. Podeszłam więc do tego czasu bardzo na luzie. Proponowałam na próbę niewielkie ilości jedzenia, nie spodziewając się, że dziecko od razu rzuci się na nie z entuzjazmem.

Wśród proponowanych produktów w pierwszym miesiącu pojawiły się między innymi:

gotowane ziemniaki, dynia, marchewka, brokuł i kalafior, pieczone bataty oraz dynia, banan, awokado, makaron kukurydziany, tofu, chrupki kukurydziane czy dyniowe kopytka jaglane.

Dopiero pod koniec pierwszego miesiąca zaczęłam obserwować pewien postęp, jeśli chodzi o zainteresowanie jedzeniem i na dłużej trafiał kawałek jedzenia do rączki czy buzi. Zgrało się to z momentem, w którym zdecydowałam się, że córeczka będzie jadła w krzesełku. Odetchnęłam z ulgą i dopiero wtedy zaczęłam odczuwać pozytywny aspekt BLW związany z tym, że dziecko coś sobie samo dziobie, a mama w tym czasie sobie spokojnie je swój posiłek.

Drugi miesiąc rozszerzania diety

Wraz  z początkiem drugiego miesiąca postanowiłam zwiększyć częstotliwość oraz różnorodność podawanych pokarmów. Proponuję jedzenie 2-4 razy dziennie. Przede wszystkim są to dania, które gotuję dla całej rodziny. Założyłam sobie, że w jak najmniejszym stopniu będę gotować coś tylko dla Anieli.

Jakie były moje patenty?

  • piekąc chleb czy ciasto można przy okazji wrzucić kawałek dyni, ziemniaka czy batata
  • ziemniaki do obiadu można gotować na parze, przy okazji dorzucając brokuła czy kalafior
  • gotując bulion czy zupę wystarczy wrzucić kilka większych kawałków warzyw pokrojonych w słupki, które wyławiamy po ugotowaniu, a resztę zupy doprawiamy
  • zupę przed posoleniem odlewamy i miksujemy
  • w przypadku placków, kluseczek, burgerów, gofrów czy nawet prostych ciastek można odłożyć trochę ciasta przed dodaniem kontrowersyjnych składników typu sól czy cukier, wystarczy nadać charakterystyczny kształt, by odróżnić je od reszty

W jej menu pojawiły się nowe warzywa czy owoce, ale też nowe konsystencje. Próbowałam podawać początkowo na łyżeczce koktajl czy zupkę, ale zaciśnięte usta świadczyły o tym,  że ten sposób jej nie odpowiada (co niestety okazało się problemem, gdy pojawiła się konieczność podania antybiotyku). Przed nami zatem nauka jedzenia czy picia z doidy cupa, bo mamy go dopiero od niedawna. Na razie skupiałam się na produktach, które łatwo dziecku samemu chwycić. Zauważam już pewne preferencje typu chlebek czy tofu tak, ale brokuł pozostał nietknięty…

Miałam pewne wątpliwości czy wprowadzać już jajka czy gluten, bo przy drugim synu czekałam do 10 miesiąca, ale uznałam, że skoro córka mało je, to ilości tych produktów, które zje też nie będą przecież duże. Pojawiają się one na naszym stole, więc siłą rzeczy musiały trafić także na jej stoliczek. Na razie jednak wstrzymuję się z podaniem nabiału. Sama jem go bardzo sporadycznie i wiem, że nie jest dla dzieci niezbędny. Ponieważ jednak w daniach wegetariańskich jedzonych poza domem (np. w przedszkolu) jest często podawany, to za 2-3 miesiące będę go pewnie stopniowo wprowadzać.

Jak oceniam BLW w porównaniu z metodą tradycyjną?

Na pewno dużym plusem dla mnie jest fakt, że nie trzeba gotować dziecku osobno ani go specjalnie karmić. Przyznam szczerze, że przy trzecim dziecku po prostu nie miałam na to siły.  Źle wspominam też pozostające w lodówce resztki papek, z którymi nie wiadomo było co zrobić. Teraz jemy w tym samym czasie to samo, więc najwyżej zjem coś po córce lub ugotowane warzywo dorzucę do następnej potrawy.

Nie jest to jednak metoda dla osób, które chcą szybko odstawić dziecko od piersi. Gdy starsza córka miała 8 miesięcy już co najmniej jedno karmienie zastępowałam mlekiem. Tymczasem Anielę karmię  średnio co 1,5 godziny, a czasem częściej, bo nie zawsze godzina wspólnego posiłku zgrywa się z czasem jej karmienia, a metoda BLW zakłada że proponujemy pierś zaraz po posiłku. Zjadane ilości jedzenia są bardzo małe i trudniejsze do kontroli. W przypadku zupki wiedziałam, że było tam np. całe żółtko czy marchewka i wiedziałam ile mniej więcej z tego trafiło do brzuszka. Przy BLW zwykle okazuje się, że więcej jedzenia jest pod stoliczkiem niż w brzuszku. Co za tym idzie trudniej kontrolować dostarczane żelazo (o jego źródłach pisałam tutaj). Ponieważ nie miałam anemii w ciąży, to na razie jeszcze bez stresu pozwalam córce zapoznawać się z jedzeniem, nawet jeśli jeszcze nie dużo zjada.

Muszę przyznać, że metoda ta wymaga też pewnego mojego przełamania. Na razie unikam jeszcze podawania zbyt często bardzo brudzących potraw albo zbyt małych. Sama córka chyba nie bardzo lubi się brudzić, bo nie ma żadnego zlizywania kaszki z paluszków. Łyżeczka na razie służy bardziej do obgryzania i wymachiwania nią. Jeszcze wiele przed nami…

25 najlepszych roślinnych źródeł żelaza (z listą do druku)

25 najlepszych roślinnych źródeł żelaza (z listą do druku)

Światowa Organizacja Zdrowia i Amerykańska Akademia Pediatrii rekomendują wyłączne karmienie piersią aż do momentu ukończenia przez dziecko 6 miesięcy życia. Ważnym argumentem, by nie zwlekać z rozszerzaniem diety niemowlaka dłużej niż wskazane przez nich pół roku jest fakt, że mniej więcej w tym czasie wyczerpują […]

Co zamiast gotowych kaszek dla niemowląt – część druga

Co zamiast gotowych kaszek dla niemowląt – część druga

Cieszy mnie fakt, że największym zainteresowaniem na moim blogu cieszy się wpis dotyczący samodzielnego przygotowywania kaszek dla niemowląt (Co zamiast gotowych kaszek dla niemowląt czyli kompletna instrukcja gotowania kasz). To dowód na to, że zdrowie naszych maluszków ma dla nas znaczenie, dlatego staramy się samodzielnie […]

Sztuka kompromisu w kuchni czyli jak naprawdę jedzą moje dzieci

Sztuka kompromisu w kuchni czyli jak naprawdę jedzą moje dzieci

Mijają właśnie trzy lata od założenia tego bloga. Na usta samo ciśnie się konwencjonalne stwierdzenie, ile się w tym czasie zmieniło. Zmieniło i nie zmieniło. Nadal głównym środkiem myjącym jest w moim domu ocet, sama robię pastę do zębów, używam pieluszek wielorazowych (chociaż na dłuższe wyjścia zabieram jednorazowe),piekę sama chleb czy robię zdrowe słodycze. Co się zmieniło? Nie przybyło mi lat (wiadomo, to nie ja się starzeję, tylko moje dzieci rosną), za to przybyło mi dzieci. Miesiąc temu urodziła się Anielka i tym samym awansowałam w hierarchii rodzicielskiej, zostając rodzicem trójki dzieci. “Znowu? Tyle dzieci?” – tak zareagowała na tą wiadomość moja prawie pięcioletnia sąsiadka. Dzieci mówią szczerze co myślą.

O ile decyzja o drugim dziecku jest uznawana za coś oczywistego i oczekiwanego (każdy rodzic jednego dziecka usłyszy w końcu pytanie “A kiedy następne?”), to posiadanie trójki i większej liczby dzieci jest przyjmowane z podziwem lub powątpiewaniem, bo rodzice pewnie nie poradzą sobie z opieką nad nimi (a nabierają takiej pewności, obserwując mnie w kościele z trójką pociech, zastanawiającą się, które dziecko powinnam w pierwszej chwili uspokoić i wziąć na ręce). To oczywiste, że zaczyna brakować rąk na wspólnym spacerze, ale też zaczyna brakować miejsca w łóżku. W nocy lawiruję między śpiącym obok mnie synkiem, gotowym w każdej chwili zająć moją poduszkę, a starszą córką, która ulokowała się na moich nogach. Musze zastanawiać się nie tylko jak nakarmić w takich warunkach najmniejszą córeczkę, ale jak w ogóle wstać z łóżka czy zmienić pozycję.

Brakuje też oczywiście czasu. Jego zawsze jest za mało. Doba ma nadal 24 godziny, jednak to my decydujemy na co, chcemy ją poświęcić. Są wieczory, w których muszę rezygnować ze swoich handmadowych planów, bo po uśpieniu wszystkich maluchów jestem już zbyt zmęczona. Paradoksalnie jednak jest mi mniej szkoda spędzić wieczór z książką, bo bardziej cenię sobie ciszę i czas poświęcony dla siebie. Staram się też znajdować czas na to, co dla mnie istotne i związane jest ze zdrowiem mojej rodziny, starając się nie wyrzucać sobie momentów, gdy nie w pełni się to udaje.

Znacie zasadę 80/20? Można ją zastosować w różnych dziedzinach życia. Jeśli na co dzień dbamy o zdrowe odżywianie, możemy sobie pozwolić w weekend czy raz dziennie na jakieś odstępstwo. Mając dzieci i męża, nieprzekonanego do wszystkich wyczytanych przeze mnie w książkach mądrych rad, nie obywa się bez codziennych ustępstw i kompromisów:

  • Uwielbiam pieczony w domu chleb, ale nie piekę tak często, jak chciałby tego mój uwielbiający pieczywo mąż, więc gdy on przynosi z piekarni wielki bochenek białego chleba, moja motywacja do pieczenia spada i czasem sama się skuszę na niego na śniadanie czy zjedzą go moje dzieci, bo wiem że ciężko będzie mi wygrać z nim konkurencję, jeśli zrobię razowy chleb. Wolę, żeby się szybciej skończył sklepowy i wtedy mogę zrobić coś innego.
  • Za każdym razem obiecuję sobie, że już nie pójdę z dwuletnim synem do sklepu, ale po 3 dniach zapominam o tym, zmobilizowana siejącą pustką lodówką czy skuszona perspektywą zanurkowania w stoisku z warzywami i owocami. Przypominam sobie o tym, jeszcze zanim opuszczę ten dział z wózkiem załadowanym co najmniej do połowy i opuszczam go głowiąc się, czy dam radę dopchnąć wózek obładowany bananami (ile bym nie wzięła, ich zawsze jest za mało) i dójką dzieci oraz czy uda mi się jeszcze upchnąć w nim ryż oraz papier toaletowy, gdy muszę pilnować, by syn nie konsumował na miejscu winogron czy gruszek. Pokonana i skapitulowana zgadzam się na zakup bułki, za którą jest gotów wyskoczyć ze sklepowego wózka lub zawstydzona płacę za nadgryzione jajko niespodziankę upolowane podstępnie przy kasie.
  • Narażając się nierzadko na zdemolowanie domu, gdy zapomnę dać pociechom domową ciastolinę do zabawy, i mimo to rzucę się w wir gotowania, piekę bezglutenowe muffiny z cukinią czy potajemnie lepię kulki bakaliowe (niezbędne jest utrzymanie tego faktu w tajemnicy, inaczej Konstanty będzie szturmował lodówkę w ich poszukiwaniu i domagał się ich zamiast obiadu), żeby podać je na podwieczorek czy zabrać ze sobą na dłuższy spacer. Dzięki temu mogę ominąć pełen pokus sklep, gdy idę na plac zabaw. Gryzę się w język, gdy w weekend mój własny mąż wychodzi z propozycją zakupu lodów czy pączka, mimo tego że przezornie przygotowałam na wyjście cynamonki bez cukru. Pozawalam dzieciom wybrać jedną rzecz w sklepie, sama ulegam pokusie zjedzenia rogalika z czekoladą, by po kilku kęsach stwierdzić, że jest dla mnie już za słodki. Dla dzieci, mimo że zostały wychowane na bezcukrowych słodyczach, rzadko jest coś za słodkie, dlatego nawet w niedzielę musi obowiązywać je kontrola rodzicielska.
  • Moje dzieci nie jadły nigdy lizaka, danonków czy mlecznej kanapki. I żyją. I wcale nie domagają się ich w sklepie. Szybko przejeżdżamy przez dział ze słodyczami, wybierając tylko gorzką czekoladę z 70% kakao, co zwykle je zadowala, dopóki przy kasie nie wypatrzą jajek niespodzianek. Nie zawsze siła mojej sugestii, że już wybraliśmy coś słodkiego działa, więc od święta wychodzą ze sklepu, dzierżąc dumnie te jaja. Choć nierzadko spokój kończy się, zanim jeszcze opuszczę sklep, bo dzieci próbują namówić mnie na kolejny zakup, są brudne od czekolady czy płaczą, bo czekolada zgniotła się przy rozpakowywaniu.
  • Nie proponuję dzieciom wszystkich potraw czy sałatek, które przygotowuję, bo nie lubię marnowania jedzenia. Starsze pociechy są teraz dość wymagające, jeśli chodzi o jedzenie. Córce przeszkadzają płatki owsiane w koktajlu, a każdy banan przechodzi szczegółową kontrolę jakości pod kątem ewentualnych skaz czy plam. Syn z kolei wyławia ręką z owsianki rodzynki, a z zupy marchewkę, w najlepszym wypadku gorsze kąski zostawia na talerzu, a czasem brokuły po prostu wyrzuca. Wspólne jedzenie posiłków wymaga mocnych nerwów i morza cierpliwości. Nawet to, co dzieci lubią, może im nagle przestać smakować, dlatego nowości podaję raczej osobno i ich talerz obiadowy często przypomina budda bowl. Dzięki temu dzieci mają wybór i mogą zostawić to, co im nie zasmakuje. Mój przykład jednak często robi swoje i dzieci same pytają o to, co jem. W ten sposób dowiedziałam się, że mój syn jest fanem kokosowego bekonu.
  • Polubiłam picie samej wody i piję ją częściej niż herbatę, ale trudno przekonać mi do tego dzieci. Wystarczyło kilka razy dodać im do wody soku, by potem domagały się dodawania go za każdym razem. Na co dzień kupuję soki lepszej jakości (nie z koncentratu) i mocno je rozcieńczam, ale na spacery zabieram wodę i dzieci, o dziwo, piją ją wtedy bardzo chętnie.
  • Czasem czuje się złą matką, bo chowam przed synem masło (żeby nie wyjadał go prosto z papierka), pozwalam im zjeść bułkę zamiast obiadu czy staczam bezsensowne wojny nad talerzem makaronu z sosem, bo córka wolałaby zjeść sam makaron. Żeby przemycić niektóre zdrowe produkty, nierzadko uciekam się do podstępu. Brownie z fasoli weszło na stałe do repertuaru ciast, które przyrządzam. Jeśli nie chcą spróbować burgerów z ciecierzycy, proponuję im dodanie na talerz keczupu (ma wprawdzie cukier, ale też aktywujący się w gotowanych pomidorach likopen, co uspokaja trochę wyrzuty sumienia). Cel uświęca środki.

Więcej grzechów nie pamiętam. Poprawę obiecuję, bo cały czas zgłębiam wiedzę o zdrowym odżywianiu, a poza tym wierzę, że mój przykład zadziała i dzieci z wiekiem będą chętniej sięgały po warzywa. Staram się proponować mojej rodzinie jak najwięcej zdrowych rzeczy, ale nie panikuję, gdy moje dzieci u znajomych sięgną po delicje czy zjedzą trochę paluszków. Chcemy dla swoich dzieci jak najlepiej, ale przecież nam, rodzicom, też zdarza się ulegać pokusie. Nie żyjemy w świecie idealnym i dlatego w zetknięciu ze światem realnym musimy iść czasem na kompromisy. Także w kuchni.

Piernikowe kulki bakaliowe. Kolacja wigilijna dla niemowlaka

Piernikowe kulki bakaliowe. Kolacja wigilijna dla niemowlaka

Zbliżają się święta i czas gorączkowo przeszukiwanych przepisów, by zdecydować co pojawi się na wigilijnym stole. Każdy ma zwykle jakieś ulubione dania, które serwuje co roku, typu zupa grzybowa, kluski z kapustą i grzybami, smażone ryby (albo “seleryby”) czy makowiec. Problem pojawia się, gdy przy […]

Rozszerzanie diety niemowlaka – kolejność wprowadzania produktów (z listą do pobrania)

Rozszerzanie diety niemowlaka – kolejność wprowadzania produktów (z listą do pobrania)

Każdy rodzic czeka na moment, gdy jego pociecha zacznie jadać stałe pokarmy, ale jednocześnie ma pełno pytań z tym związanych. Od czego zacząć? Kiedy można podać gruszkę, a kiedy jogurt? Wśród rodziców panuje wiele odrębnych strategii. Jedni boją się wprowadzać potencjalnie alergenne produkty jak truskawki, […]

Jak przemycić więcej warzyw do diety dziecka

Jak przemycić więcej warzyw do diety dziecka

Matka musi być nie tylko specjalistą od karmienia, usypiania czy czytania bajek, ale też od specem od reklamy. Bo jak inaczej ma poradzić sobie z bombardującymi nasze dzieci reklamami słodyczy i kolorowych napojów. Przy kolorowych opakowaniach żywności „dla dzieci” zdrowe, prawdziwe jedzenia jak kasze, owoce i warzywa wydają się dziecku mało atrakcyjne. Przypominam, że w uaktualnionej wersji Piramidy Zdrowego Żywienia i Aktywności Fizycznej warzywa i owoce znalazły się na jej podstawie (zaraz nad ruchem fizycznym), a co nie powinno być zaskoczeniem nie ma tam w ogóle czekolady, batonów czy ciastek, które nie powinny się znaleźć w zdrowym menu dorosłego, a co dopiero dziecka.

Warzywa mają mało kalorii, za to dużo błonnika, witamin, mikro i makroelementów. Są bardzo wartościowe, dlatego warto zadbać o to, by gościły jak najczęściej na talerzach naszych pociech. Zwykle nie ma problemu z namówieniem dzieci do zjedzenia słodkiego serka, naleśników, makaronu czy chleba, ale gorzej jest często z jarzynami (wyjątek stanowią oczywiście ziemniaki, które uwielbiają wszystkie dzieciaki). Najgorsze co można zrobić, to uznać, że dziecko nie lubi warzyw i przestać mu je podawać. Żeby polubić dany produkt lub danie, maluch musi czasem spróbować go kilkanaście razy (niektóre źródła mówią nawet o 30 podejściach). Nie warto się zniechęcać. Podtykajmy dziecku warzywa jak najczęściej, a jeśli to konieczne włączajmy je do jego diety podstępem. Na pewno się to opłaci, bo nasze dzieci będą dzięki temu zdrowsze.

JAK ZACZĄĆ?

  1. Już na etapie rozszerzania diety podsuwajmy dzieciom różne warzywa do spróbowania. Pomimo tego, że jeszcze dobrze nie gryzą, mogą już próbować nowych smaków. Nawet jeśli długo plują twardymi kawałkami rzodkiewki czy skórką pomidora, w końcu nadejdzie dzień, gdy będą się nimi zajadać.
  2. Od małego zaczynajmy przyzwyczajać dzieci do obecności warzyw na ich talerzu. Jeśli nie akceptują kanapki z pomidorem, to połóżmy pomidora obok chleba. Jeśli maluch jest nieufny co do sałatek, to dajmy im pokrojone warzywa, jeszcze zanim połączymy je z sosem.
  3. Pamiętajmy, że dzieciom gusta szybko się zmieniają. Raz faworytem jest marchewka, innym razem zielony groszek (jest świetny do nauki chwytu pęsetowego dla niemowląt). Ulubiony ogórek za tydzień może być ble, a nagle zainteresuje je zielona sałata, której wcześniej nie chciały jeść. Tak częste zmiany wymagają cierpliwości i elastyczności od strony rodzica.
  4. Podawajmy dzieciom warzywa w różnej formie, żeby sprawdzić ich preferencje. Dla maluchów marchewka jest za twarda do gryzienia, ale mogą polubić startą marchewkę lub pieczoną w piekarniku. Maluchom może być ciężko pogryźć liście szpinaku, ale zmiksowane w koktajlu nie sprawią im najmniejszych trudności.
  5. Staraj się wyrobić w sobie nawyk podawania częściej warzyw i owoców. To zawsze lepsza przekąska między posiłkami niż coś słodkiego. Nie wyrzucaj sobie jednak, gdy nie każdy dzień będzie pod tym względem idealny. Nawet jeśli jednego dnia nasz maluch zje więcej pieczywa czy słodyczy (np. podczas wizyty u teściów), a zabraknie w jego menu warzyw, następny dzień możecie zacząć od warzywno-owocowego smoothie.
  6. Zaopatrzmy się w książkę o warzywach i owocach. Gdy moja córka nie chce spróbować nawet zupy, wyciągam jedną z moich wegetariańskich książek kucharskich z masą zdjęć i szukamy warzyw, które są w danej zupie. Zwykle wtedy z ciekawością sięga po łyżkę.
  7. Pozwólmy starszym dzieciom pomagać w zakupach. Jeśli same wybiorą warzywa w warzywniaku jest większa szansa, że się na nie skuszą. Podobnie działa pomoc w gotowaniu. Jeśli nawet dziecko włącza tylko przycisk blendera, chętniej wypije przyrządzony z jego udziałem koktajl. Pomoc w zakupach i gotowaniu można wykorzystać do mówienia im o wykorzystanych produktach i zdrowym odżywianiu.
  8. Zmień własne nastawienie. Zamiast zapamiętanego z naszego dzieciństwa “Zjedz przynajmniej kotleta”, powinniśmy zachęcać dziecko do tego, by chociaż spróbowało surówki. Tak naprawdę w dzisiejszych czasach jemy za dużo białka niż za mało. Łatwiej dorobić się niedoborów witamin niż białka.
  9. Staraj się wytworzyć dobrą atmosferę wobec jedzenia warzyw. Niech nie kojarzy się to dzieciom z przymusem i tym, że jest to zdrowe (źle się to im kojarzy). Pokażmy im, że warzywa można podać w różny sposób i że są one po prostu smaczne.
  10. Przede wszystkim sami dawajmy dzieciom przykład. Dzieci nie rzucą się na brokuły gotowane na parze, jeśli rodzic w tym czasie podjada frytki z keczupem. Niech wprowadzanie zdrowych nawyków dzieciom wiąże się też z wprowadzaniem tych nawyków w przypadku całej rodziny. Wszystkim wyjdzie to na zdrowie, a przy okazji poszerzy kulinarny repertuar.

POMYSŁY NA WARZYWNE DANIA

  • Warzywa na parze to jeden z moich ulubionych pomysłów na obiad, gdy nie mam dużo czasu. Zwłaszcza jeśli korzysta się z mrożonek, taki posiłek wymaga minimalnego nakładu pracy. Wystarczy wrzucić jarzyny do parowara czy specjalnego garnka i obiad robi się właściwie sam. Parować można najrozmaitsze warzywa – ziemniaki, marchewkę, fasolkę szparagową, szparagi, groszek zielony, brokuły, kalafiora, brukselkę, ale także selera czy czosnek (jest naprawdę pyszny). Jeśli chcemy do obiadu podać ziemniaki, zróbmy je na parze, dorzucając rozmaite jarzyny, najlepiej w różnych kolorach. Dzieci lubią mieć wybór. Dodatkowo niektórym może odpowiadać, że widzą dokładnie co jedzą (podobnie jest z nie miksowanymi zupami). Moje chętnie wybierają te warzywa, które im bardziej pasują. Jeśli obawiamy się, że dziecko tylko ziemniaki, spróbujmy podać najpierw inne warzywa, a potem dodajmy ziemniaki. Jest większa szansa, że spróbuje wtedy innych smaków. Podobnie można przygotować pieczone warzywa (polecam zwłaszcza frytki z batata).
  • Wiele dzieci, które dziobie w talerzu zupy, by nie natknąć się na nielubiany seler czy wyłowić ziemniaki, polubi zupy-krem. Można w nich przemycić mniej lubiane warzywa. Są gęstsze i lepiej się je mniejszym maluchom, które dopiero uczą się posługiwać łyżką. Tak naprawdę można zmiksować każdą zupę. Jeśli nasz maluch nie chce jeść zupy, możemy zaproponować jej zmiksowanie. Może taka forma bardziej go przekona. Pyszny jest krem z buraków (lub zmiksowany barszcz ukraiński), zielonego groszku, dyni czy cukinii. Fajnym dodatkiem takich zup są owoce, które dodają słodkości zupie. Może to być dodatek jabłek, gruszek czy śliwek suszonych. Dodatkową atrakcją może być posypanie zupy grzankami, gotowanym ryżem lub kaszą jaglaną, orzechami czy nawet pestkami granatu.

Zupa dyniowo-pomidorowa z ryżem

  • Na spacer lub jako przekąska podczas zabawy czy oglądania telewizji można przygotować do podgryzania pokrojone w słupki lub mniejsze kawałki warzywa – marchewkę, kalarepkę, ogórka, selera naciowego, a także pomidorki koktajlowe czy rzodkiewki. Jest spora szansa, że dziecko zaaferowane zabawą mimochodem zje podetknięte mu pod nos przysmaki. Przygotowanie samemu zdrowych przekąsek, gdy wychodzimy z domu, eliminuje potrzebę wyskoczenia przy okazji spaceru do sklepu, gdzie dzieci kuszą chipsy czy batoniki. Dla mniejszych dzieci atrakcją jest samo jedzenie w innym miejscu czy z kolorowego pojemniczka. Oczywiście dzieci muszą już dobrze radzić sobie z twardszymi kawałkami.
  • Smoothie to jeden z moich ulubionych sposobów na zwiększenie ilości warzyw zjadanych przez moje dzieci. Nawet gdy są chore czy ząbkują, nie zdarza im się odmawiać wypicia koktajlu. Do koktajlu można dodać awokado, marchewkę, dynię, cukinię, ogórka, seler naciowy, zielone liście (pietruszkę, szpinak, sałatę czy jarmuż), ale nawet kapustę czerwoną, zielony groszek czy brokuła. Najlepiej zacząć od warzyw o mało intensywnym smaku typu szpinak, cukinia czy awokado. Najłatwiej zamaskować smak jarzyn przez dodanie do koktajlu kakao, mango czy borówek.

Koktajl z awokado, bananem i cukinią

Jesienny koktajl z dynią i gruszką

Smoothie ze szpinakiem i brzoskwinią

Pomarańczowy koktajl z papają i marchewką

  • Podobnie jak w przypadku koktajli możemy dodać warzywa do przygotowywanego przez nas soku. Najlepiej użyć do jego zrobienia wyciskarki wolnoobrotowej. Do ulubionego owocowego soku naszego malucha można dorzucić przynajmniej marchewkę i nie wpłynie jej dodatek znacząco na kolor czy smak. Ja najbardziej lubię wyciskać soki z kilku składników i wtedy żaden ze smaków nie jest dominujący. Z warzyw dodaję do nich marchewkę, buraka, seler naciowy, kapustę białą lub czerwoną, a także zielone liście. Rzadziej ogórka, bo sama nie przepadam za jego smakiem w soku. Na osłodę dodaję jabłka, pomarańcze, gruszki czy ananasa. Nasze maluchy też mają własne upodobania, więc warto próbować z różnymi kombinacjami smakowymi. Mój syn na przykład długo nie przepadał za sokami z dodatkiem grejpfruta.
  • Awokado można jeść na ostro i na słodko. W tej drugiej wersji można je dodawać nie tylko do koktajli, ale także do owsianki czy śniadaniowej kaszy jaglanej. Jednym z moich odkryć jest czekoladowy krem z dodatkiem awokado. Jeśli namoczymy wcześniej daktyle lub użyjemy do niego miodu, możemy go zrobić dosłownie w trzy minuty, nawet między przewracaniem naleśników i mamy świetne smarowidło do nich. Można nim też smarować pieczywo, gofry, muffiny, a nawet przełożyć nim torta.

Czekoladowy budyń jaglany z wiśniami

Domowy czekoladowy krem do kanapek i naleśników

  • Jeśli jedzenie warzyw przez dziecko ogranicza się do zupy, pomidora na kanapkę i surówki do obiadu, to jest to niewystarczająca ilość. Nie da się w ten sposób podać mu pięciu porcji warzyw. Musimy poszerzyć własne horyzonty i wprowadzić mniej typowe, warzywne dania. Prawdziwą skarbnicą pomysłów są blogi wegetariańskie, a przede wszystkim wegańskie. Każdy wie, że można zrobić kanapkę z serem żółtym, ale można też zrobić do niej guacamole, pastę z batata czy zielonego groszku. Sos do makaronu nie musi być pomidorowy, wiele dzieci bardzo lubi makaron z pesto, którego podstawą są orzechy lub nasiona oraz zielone liście (mogą być praktycznie każde – natka pietruszki, marchewki, jarmuż, szpinak czy botwinka). W pizzy, wytrawnych muffinach lub tarcie można przemycić sporo warzyw. Marchewkę czy cukinię można dodać do ciasta na placki ziemniaczane. Gnocchi można zrobić na bazie lub z dodatkiem batatów. Słodkie ziemniaki, cukinia lub kalafior nadają się też na spód do pizzy. Ekstra warzywa można dodać też do modnych teraz burgerów. Świetnie w tej roli sprawdzą się kalafior, marchewka czy burak. Jeśli zapakujemy je do bułki z ulubionym sosem dziecka, to będzie zachwycone.

Burgery buraczano-fasolowe

  • Jest też wiele fantastycznych przepisów na słodkości z dodatkiem warzyw. Ciasto marchewkowe znają na pewno wszyscy. Tak naprawdę wszystkie warzywa korzeniowe mogą być dodatkiem ciast czy ciasteczek. Przede wszystkim brownie jest wyjątkowo wdzięcznym pod tym względem ciastem, bo czekoladę kochają wszystkie dzieci, a przy okazji mogą zjeść buraka, marchewkę czy batata. Wyjątkowo wdzięcznym warzywem, które świetnie spisuje się ostro jak i na słodko jest dynia. Można też spotkać się ze słodkościami z dodatkiem cukinii, awokado czy korzenia pietruszki.

Kakaowo-marchewkowe ciastka owsiane

Cukiniowo-kakaowe gofry z płatkami owsianymi

Tort dyniowy

Babeczki pietruszkowo-pomarańczowe (bez glutenu i cukru)