Tag: żywienie dzieci

10 sposobów na to, by zwiększyć ilość żelaza w diecie

10 sposobów na to, by zwiększyć ilość żelaza w diecie

Na początku roku robiłam kontrolne badania krwi u mojej dwulatki, bo miałam pewne obawy co do tego, czy nie brakuje jej żelaza. Wyniki potwierdziły niski poziom ferrytyny oraz żelaza w krwi. Pediatra zalecił suplementację żelaza. Ja przy okazji starałam się oczywiście zadbać o to, by w jej diecie również pojawiło się więcej produktów bogatych w ten pierwiastek.

Czy Twoje rodzicielskie, żywieniowe wyrzuty sumienia też mają się dobrze?

Czy Twoje rodzicielskie, żywieniowe wyrzuty sumienia też mają się dobrze?

Są dni, w których cieszą mnie moje małe sukcesy na domowym polu walki: dzieci zjadły naleśniki z mąki z soczewicy, mąż pochwalił owsiankę, najstarsza córka spróbowała czegoś nowego, najmłodsza pije trzecią dokładkę zielonego koktajlu.Są też jednak takie dni, w których wieczorem dopadają mnie rodzicielskie wyrzuty sumienia, bo…

Dieta wegetariańska w przedszkolu – moje doświadczenia

Dieta wegetariańska w przedszkolu – moje doświadczenia

Ponieważ zbliża się miesiąc marzec, w którym wielu rodziców podejmuje decyzję dotyczącą wyboru przedszkola dla swojego dziecka, postanowiłam w końcu poruszyć na blogu ten temat. Cała moja rodzina nie je mięsa, więc nawet nie przyszłoby nam do głowy, że w związku z posłaniem córki do przedszkola trzy lata temu coś miałoby się zmienić. Ponieważ zaczynaliśmy edukację przedszkolną w trakcie roku, w grę wchodziły tylko placówki prywatne.

Przedszkole prywatne

Ich plusem jest posiadanie cateringu, dzięki czemu łatwiej jest im respektować specjalne wymogi żywieniowe dzieci. Standardem jest dieta bezmleczna i dieta bezglutenowa, niestety zapewne z tego względu że mięso nie jest alergenem, dieta wegetariańska nie zawsze musi być przez firmę cateringową uwzględniana. My mieliśmy szczęście, ponieważ zmieniła się akurat firma serwująca posiłki (trzeba być przygotowanym, że takie zmiany firm mogą być częste), która ze względu na szkołę, z którą współpracowała, taką ofertę właśnie wprowadziła. Dostawaliśmy menu na maila na cały miesiąc, dzięki czemu na bieżąco sprawdzałam, co będzie podane w przedszkolu. Ponieważ często dostawałam wszystkie dostępne menu, mam porównanie jak jadłospis był komponowany w stosunku do tradycyjnej diety mięsnej.

Zupa zawsze była warzywnym odpowiednikiem zupy, którą jadły pozostałe dzieci. Do kanapek najczęściej podawany był twarożek, poza tym pojawiał się ser żółty, jajka, pasta jajeczna. Zamiast mięsa często pojawiały się strączki (to duży plus, bo dzięki temu mamy dobre źródło białka oraz żelaza) – potrawka z soczewicy zamiast gulaszu, kotlety z ciecierzycy, kotlety sojowe, czasem jajko w sosie tymiankowym (zawsze mnie zdumiewa tego typu danie, które tylko chyba w przedszkolach się jada). Normą w przedszkolach są dwa dni jarskie, więc wtedy wszystkie dzieci dostawały pierogi z serem, naleśniki czy ryż z owocami. Na drugie śniadanie czy podwieczorek był często owoc, sok czy kanapki, więc wszystkie przedszkolaki jadły to samo.

Przykładowe menu wegetariańskie:

Śniadanie – zupa mleczna z płatkami owsianymi i rodzynkami, chleb pszenno-żytni z masłem, jajko, pomidor, szczypiorek, herbata owocowa

II śniadanie – sok marchewkowy

Obiad – zupa pomidorowa z ryżem białym i brązowym, kotlety z ciecierzycy, ziemniaki z koperkiem, buraczki zasmażane

Podwieczorek – weka z masłem, surówka z pomarańczy, marchewki i słonecznika

Czy córka jadła proponowane dania?

W przedszkolach prywatnych przy odbiorze dziecka zawsze jest informacja zwrotna, czy dzieci zjadły dany posiłek. Dzięki temu można zobaczyć czy któreś potrawy mu nie smakowały. U nas największy problem był z makaronem. Gdy dzieci miały makaron z mięsem, Róża dostawała penne ze szpinakiem w sosie śmietanowym z serem żółtym, którego nawet nie chciała tknąć (córka była w tym czasie team sam makaron, a i tak my w domu akurat nie jadamy makaronu ze szpinakiem, więc też nie bardzo miała możliwość, by to danie poznać). Ponieważ za drugie danie płaciłam nie tak mało, bo chyba 8 złotych, kilka razy gdy wiedziałam, że będzie bardzo newralgiczne danie, po prostu go nie zamawiałam (mieliśmy internetowy system zamawiania posiłków). Niestety można było wtedy donieść tylko danie gotowe ze sklepu, a nie ugotowane samemu, więc parę razy po prostu kupiłam pakowane pierogi czy racuchy w sklepie, bo raz w miesiącu może przecież awaryjnie zjeść takie danie. Na dłuższą metę donoszenie tego typu posiłków byłoby jednak z powodu tego ograniczenia kłopotliwe. Dlatego na zupy, za którymi nie przepadała już machaliśmy ręką. Nie było nigdy problemu ze śniadaniami oraz podwieczorkiem, ponieważ były to zwykle kanapki, koktajle i owoce, które wszystkie dzieci zwykle chętnie jedzą. Gdy dzieci zostawały do 17, to dostawały jeszcze drugi podwieczorek, na który rodzice przynosili raz w miesiącu produkty typu herbatniki, wafle ryżowe, paluszki, chrupki kukurydziane, i dzieci potem jadły wszystkie jeden z wybranych produktów. To akurat nie było głupie rozwiązanie, bo wcześniej każde dziecko miało indywidualny podwieczorek i w efekcie jedno dostawało jabłko, inne batonik, a inne kurczaka z KFC (!!!). Dochodziło więc do oczywistych sporów i żalów.

Plusy wegetariańskiego cateringu w przedszkolu:

  • odpada konieczność przygotowywania posiłków dla dziecka przez rodzica, co jest bardzo wygodne
  • dzieci jedzą w miarę zbliżone dania, więc mały wegetarianin tak bardzo się nie wyróżnia
  • obiady pakowane były w osobne pojemniki, więc odpadają dylematy czy te ziemniaki leżały koło mięsa
  • nie trzeba na bieżąco śledzić menu, bo wiadomo, że nasze dziecko zawsze będzie miało co jeść (swoją drogą i tak sprawdzałam zawsze, by uwzględnić co córka jadła, podczas robienia kolacji)
  • pojawiały się świeże owoce i warzywa, soki, raz była nawet kalarepa na II śniadanie
  • mieliśmy dostępne menu od razu na cały miesiąc, nie było mowy o nagłych zaskakujących zmianach
  • posiłki są częściej serwowane niż w placówce samorządowej, więc nawet jeśli dziecko słabiej zjadło któryś posiłek to za 2 godziny był następny
  • jeśli dziecko czegoś nie zje, zawsze możesz zwalić na to, że nie jest przyzwyczajone, bo w domu gotuje się inaczej 😉

Minusy:

  • cena – my dwa lata temu płaciliśmy 12,5 za cały dzień (oprócz II podwieczorku), a ceny pewnie podskoczyły w tym czasie, czyli miesięcznie to było ponad 250 złotych, co znacznie zwiększa koszty związane z przedszkolem, gdzie niezależnie od tego czy dziecko choruje czy nie, trzeba przecież płacić takie samo czesne
  • często była duża rozbieżność między posiłkami, raz na II śniadanie był koktajl, innym razem weka z masłem, a innym sam sok, który zważywszy na to, że latem dzieci rano przed dwie godziny biegały po placu zabaw, mógł być niewystarczającą przekąską
  • brak możliwości donoszenia własnych posiłków z powodu obawy przed sanepidem
  • na podwieczorku przynoszonym przez rodziców pojawiały się słodkie przekąski typu ciastka

Przedszkole samorządowe

Ponieważ w kolejnym roku córka dostała się do samorządowego przedszkola, zdecydowaliśmy się na zmianę. Celowo zdecydowaliśmy się wybrać mniejszą placówkę w okolicy, gdzie łatwiej jest o indywidualne podejście, bo jest w nim tylko setka dzieci. Podczas rekrutacji rozmawialiśmy o posiłkach i dowiedzieliśmy się, że jest już jakieś dziecko, które z powodu alergii na białko mleka ma donoszone posiłki z domu. Kupiliśmy nowe pojemniki na żywność. Przygotowaliśmy napisy do ich opisywania. Co jakiś czas drukuję sobie kartkę, na której mam przygotowane etykietki z imieniem dziecka, numerem grupy oraz nazwą posiłku. Karteczki najpierw przytwierdzaliśmy gumką, a teraz po prostu naklejam je za pomocą taśmy klejącej do wieczka. Gdy w tym roku do tego samego przedszkola dołączył nas syn, to po prostu przygotuję dla niego osobne napisy.

Dla nas zmiana przedszkola wiązała się z dużą zmianą organizacyjną. Nagle koniecznością okazało się śledzenie menu, które nie zawsze sekretarka pamięta by wysłać, więc czasem wiązało się to z telefonem w poniedziałek rano i przygotowywaniem czegoś na szybko. Mąż musiał sobie sprawić nową torbę do pracy, bo musi codziennie zabierać dwa, a czasem cztery pojemniki. Rano trzeba zapakować pojemniczki i opisać, co dodaje mi kilku minut pracy. No i trzeba oczywiście uwzględnić menu podczas zakupów oraz planowania posiłków. Przygotowuję jednak zawsze tylko coś zamiast mięsa. Nie dosyłam innych surówek do obiadu czy warzyw do kanapek, bo liczę, że dzieci będą mieć w ten sposób kontakt także z mniej lubianymi produktami, do których może w końcu się przekonają.

Korzystamy z przedszkola drugi rok i widzę, że wprowadzane są nowe dania. Czasem jestem mile zaskakiwana, gdy okazuje się, że wszystkim dzieciom podadzą jajko sadzone czy makaron z pesto, mozarellą i pomidorkami na obiad. Tutaj też obowiązuje zasada, że 2, rzadziej 3, razy w tygodniu jest jarskie danie. Czasem  to jest ryba, czasem jajko w sosie koperkowym, a częściej ryż z owocami czy naleśniki z serem i polewą truskawkową na jogurcie. Nie ma tu żadnej reguły. Zdarza się, że 4 razy w tygodniu muszę przygotowywać drugie danie, innym razem dwa. W tym tygodniu nie ma ani jednej zupy na wywarze mięsnym, a w zeszłym tygodniu 3 razy musiałam przynieść zupę. Czasem trzeba przynieść coś na II śniadanie, gdy inne dzieci mają parówki, szynkę, sałatkę z kurczakiem czy pastę rybną. Wolę coś sama przygotować niż się zastanawiać czy dzieci dostaną po prostu chleb z masłem czy może pani kucharka przyniesie im z kuchni dżem.

Odkąd syn poszedł do przedszkola, do przesyłanych dań wkradła się większa monotonia. Róża dostawała różne zupy. Czasem zamiast zupy czy kotleta były to gotowane na parze warzywa. Córka lubi też jajka na twardo, które czasem posyłaliśmy, gdy dzieciom serwowano parówki. Nasz trzylatek od jakiegoś czasu obraził się na jajka. Czasem trzeba przesyłać im coś innego, bo gdy widzimy że córce nie podeszły nowe kotlety, to następnego dnia robię jej jajko sadzone. Do kanapek też syn chce ser żółty,  a córka woli twarożek.

Ponieważ przedszkole samorządowe mamy dalej od domu, a bliżej pracy męża, który je tam zawozi, nie korzystamy z I śniadań, podam jednak przykładowe całodniowe menu.

Przykładowe menu w przedszkolu samorządowym:

Śniadanie: chleb razowy z masłem, pasztet drobiowy, pomidorki koktajlowe, kawa zbożowa z mlekiem

II śniadanie: zapiekanka z bułki kukurydzianej z serem żółtym, ketchup, jabłko, herbata owocowa

Obiad: zupa ziemniaczana na wywarze jarzynowym, kasza jęczmienna, medaliony z indyka w sosie własnym, gotowana marchewka z groszkiem i masłem, kompot wieloowocowy

Plusy korzystania z menu w przedszkolu samorządowym:

  • cena za całodniowe wyżywienie jest niższa niż nawet za sam obiad w przedszkolu prywatnym, za cały pobyt dziecka z wyżywieniem płacimy mniej niż za samo wyżywienie w poprzednim przedszkolu
  • posiłki są lepiej zbilansowane pod względem odżywczym, bo łączy się w nich węglowodany z białkiem, poza tym zawsze jest owoc lub warzywo, nawet jeśli na drugie danie są leniwe pierogi, to dzieci dostają jabłko lub pokrojoną w słupki marchewkę
  • jedzenie jest domowe, gotowane na bieżąco przez panie kucharki w przedszkolu, a nie dowożone z firmy cateringowej
  • pojawiają się w menu rośliny strączkowe w postaci zup (choć czasem są na mięsie, a nasze dzieci i tak z zup tolerują praktycznie bulion warzywny 😉
  • możliwość donoszenia z domu posiłków, które są podgrzewane w przedszkolnej kuchni
  • chociaż mięsa w menu przedszkolnym bywa sporo, to nigdy nie ma tak, żebym zarówno na II śniadanie, zupę i II danie musiała coś przygotować, codziennie jest to 1 lub 2 pojemniczki
  • tylko na wyjątkowe sytuacje typu Wigilia czy Tłusty Czwartek pojawia się coś słodkiego, na co dzień nie ma żadnych ciastek czy słodkich serków, zamiast tego na II śniadanie są chrupki kukurydziane, wafle, kisiel, kanapki, koktajle oparte na jogurcie, ryż z takim koktajlem, czasem nawet sałatka
  • przynajmniej w naszym przedszkolu posiłki wydawane są w stołówce, dzięki czemu dzieci nie są rozpraszane zabawkami, jest to po prostu czas skupienia na jedzeniu

Minusy:

  • konieczność stałego śledzenia menu, bo boję się, że dzieci nie będą miały co jeść (inna rzecz jest, czy to zjedzą 😉
  • zdarza się, że menu nie zostanie nam wysłane ani nie było jeszcze dostępne w przedszkolu (w tym roku często jest ustalane na dwa tygodnie), więc rano w poniedziałek jest stres, co trzeba wysłać dzieciom, zwykle i tak gotujemy w niedzielę bulion, więc zostawiamy go wtedy na wszelki wypadek, gdyby trzeba było przynieść w tym dniu zupę
  • gotowanie i kupowanie pod menu np. wróciliśmy do kupowania parówek sojowych, by nasze dzieci się za bardzo nie wyróżniały, gdy inne dostaną gotowaną kiełbasę (co ciekawe, takie śniadanie serwowane jest praktycznie tylko w piątki)
  • rzadko, ale zdarzają się zmiany w menu z dnia na dzień, przez co ja dostarczyłam dzieciom serek i pomidorki, a okazuje się, że dostały chrupki kukurydziane, a kanapki z szynką przeniesiono na dzień kolejny, więc znów muszę coś przygotować, podobnie bywa z zmianą zupy z mięsnej na bezmięsną
  • związana z wybiórczością pokarmową dzieci monotonia przesyłanych posiłków, syn lubi tylko bulion z makaronem (ostatnio hitem jest zupa literkowa jak z bajki „Marta mówi” z makaronem literki), więc z mężem już nie możemy patrzeć na tą zupę
  • jeśli dzieci czegoś nie zjedzą, czasem jedzenie jest odsyłane w pojemniku, w podtekście „Mama ugotowała, a dziecko i tak nie zjadło”
  • w zamrażarce trzeba mieć zapasy kotletów i pamiętać należy o ich wyciągnięciu dzień wcześniej
  • nie ma żadnej reguły dotyczącej tego w który dzień i jak często trzeba będzie coś przynieść, raz w poniedziałek jest słodkie drugie danie, innym razem to makaron z sosem bolońskim

Czy dieta wegetariańska jest możliwa w przedszkolu samorządowym?

O ile prowadzenie diety bezglutenowej byłoby niemożliwe (jedno z dzieci w naszym przedszkolu ma donoszony z firmy zewnętrznej catering w takim przypadku), to stosunkowo łatwo dietę wegetariańską pogodzić z typowym menu przedszkolnym. Wiele osób przygotowuje codziennie sobie lunchbox do pracy czy starszym dzieciom do szkoły, więc choć wymaga to pewnego zachodu i organizacji jest to możliwe. Poza zupami i makaronem rzadko trzeba przygotowywać cały posiłek, bo poza mięsem w menu przedszkola królują przecież ziemniaki, surówki, owoce, koktajle oraz kanapki z masłem i dzieci zawsze mogą coś zjeść z tej gamy produktów i z głodu na pewno nie zginą (chociaż to założenie może być zgubne przy moim synku, który tych ziemniaków akurat nie lubi ;). Na pewno trudniej byłoby gdyby nasze dzieci były na diecie wegańskiej, bo chleb praktycznie zawsze jest z masłem, a każdy ryż, naleśniki czy pierogi polewane są polewą jogurtowo-owocową. Wymagałoby to donoszenia wszystkich posiłków z domu.

Martwi mnie czasem monotonia przygotowywanych dań, bo skoro już przynoszę coś z domu, to chciałabym żeby to zostało zjedzone. Gdyby jednak popatrzeć na to z innej strony, to i tak mam przewagę nad rodzicami niejadków, którzy odżywiają się tradycyjnie. Oni nie mają szansy nic zrobić, gdy widzą w jadłospisie kotlety czy zupę, których ich dzieci nie znoszą. Ja przynajmniej w te dni, w które jest zupa na wywarze mięsnym czy mięso na obiad, mogę przynieść dzieciom coś co lubią i co powinny zjeść.

 

 

Jadłospis 16 miesięcznego dziecka (wegetariański)

Jadłospis 16 miesięcznego dziecka (wegetariański)

Dawno na blogu nie pojawił się żaden jadłospis. Ostatnio obserwuję kilka profili na Instagramie, gdzie mamy prezentują co jedzą dzień po dniu ich maluszki podczas rozszerzania diety. Bywa to dla mnie bardzo inspirujące, nie tylko jeśli chodzi o przepisy, ale nawet sposób podania. Jest to też okazja, by zobaczyć co oraz ile jedzą dzieci w podobnym wieku do naszych, stąd zamierzam publikować krótsze wpisy, już nie tygodniowe, za to częstsze.

Jak Francuzi to robią, że ich dzieci jedzą wszystko?

Jak Francuzi to robią, że ich dzieci jedzą wszystko?

Marzeniem każdego rodzica jest to, by dziecko jadło wszystko. Najlepiej wszystko co nałożymy mu na talerz. Zdarzają się takie dzieci, jednak dużo jest też dzieci z mniejszą lub większą wybiórczością pokarmową, które najchętniej jadłyby słodycze, sam makaron czy chleb z masłem. Część rodziców poddaje się i podaje dzieciom ich ulubione potrawy. Problem zaczyna się, gdy dziecko takie trafia do przedszkola, gdzie nie ma możliwości wyboru, a ni tym bardziej nikt nie gotuje dla dziecka drugiego obiadu, gdy nie pasuje mu to, co jedzą pozostali członkowie rodziny.

Błędy, które popełniłam podczas rozszerzania diety moich dzieci

Błędy, które popełniłam podczas rozszerzania diety moich dzieci

Choćbyśmy jak dobrze byli przygotowani do rozszerzania diety dziecka, to zawsze znajdzie się coś, co moglibyśmy zrobić lepiej czy inaczej. Pierwsze dziecko siłą rzeczy jest takim naszym doświadczalnym królikiem. Przy każdym kolejnym dziecku jesteśmy bogatsi w swoje doświadczenia, ale też zdobywamy nową wiedzę o żywieniu czy zmieniają się zalecenia.

Mam troje dzieci i różnica między najstarszą córką a najmłodszą wynosi dokładnie cztery lata i jeden dzień. W tym czasie zmieniły się zalecenia i podejście (przynajmniej części lekarzy) do żywienia dziecka. Większą zwiększa się uwagę na to, że to ostatecznie dziecko decyduje, ile zje. Nie ma też znaczenia kolejność wprowadzania produktów, którego przestrzegałam przy dwójce dzieci.  Jest bardzo niewiele produktów, których niemowlę rzeczywiście nie powinno spróbować przed ukończeniem pierwszego roku życia, co znacznie powiększa pole do popisu podczas przygotowywania posiłków. Dzisiaj zalecenie związane z podawaniem najpierw żółtka, a potem całego jajka wydaje się już strasznie archaiczne. Przy najmłodszej Anieli wiele produktów wprowadzałam znacznie wcześniej, także z tego względu, że rozszerzałam jej dietę metodą BLW i dostawała rzeczy z naszego talerza, a nie gotowałam jej oddzielnych posiłków.

JAKIE BŁĘDY POPEŁNIAŁAM?

  1. Zbyt proste posiłki – przez pierwsze dwa miesiące posiłki były bardzo proste typu same warzywa na parze, przecier warzywny czy płatki ryżowe z jabłkiem. Teraz wiem, że należy zwracać szerszą uwagę na to, by dostarczać w każdym posiłku źródła żelaza czy białka i teraz nawet przy prostych posiłkach zastanawiam się czy coś jeszcze można by dodać. Ostatnio sprawdza się u mnie położenie przed córką łyżeczki z masłem orzechowym czy jakąś pastą. Zwykle cieszy się taki dodatek większym zainteresowaniem niż podane na kanapce. 

  2. Zapominanie o źródłach tłuszczu – nawet 30 % zapotrzebowania kalorycznego dziecka powinny stanowić tłuszcze. Tymczasem w naszym domu jemy ugotowane ziemniaki czy warzywa na parze bez  żadnej omasty. Starsze dzieci tak się przyzwyczaiły do tego, że gdy zaproponuję dodatek masła czy jogurtu to nie chcą, bo wygodniej jeść im same ziemniaki, bo mogą je sobie wygodnie, nawet ręką, włożyć do buzi.

  3. Unikanie brudzących jedzeń – planując dania, które dzieci dostaną do rączki, zwykle dbałam o to, by wygodnie się je trzymało i nie były zbyt brudzące, stąd wybierałam kluseczki bez sosu, sam makaron, owoce, kanapki czy chrupki. Jaki jest tego efekt? Dzieci właśnie takie dania preferują. Trudno jest namówić starszaki do spróbowania makaronu z sosem, nie chcę tknąć sałatki i większości dań, w którym nie widać poszczególnych składników. Ich ulubioną zupą jest bulion warzywny z makaronem i trudno namówić je na coś innego, a przecież zaczynały rozszerzanie diety od zblendowanych zupek i chętnie je jadły! Byłam zaskoczona, że najmłodsza córeczka zaczęła lepiej jeść właśnie, gdy zaczęłam jej podawać częściej jogurt, owsiankę w miseczce czy zupę w kubeczku. Zupy i koktajle to jej ulubione dania, które często wyjadała po prostu palcami, a teraz gdy ma 14 miesięcy łyżeczką.

  4. Nie proponowanie dzieciom wszystkich potraw, które przygotowuję – wiadomo, że na początku unikamy soli i cukru, więc nie możemy podać każdej rzeczy, którą jemy. Natomiast zbyt długie zwlekanie z podawaniem normalnego jedzenia może przyczynić się do tego, że dzieci nie będą chciały ich próbować w przyszłości. Rzadko gotuję jakieś danie stricte pod dzieci. Gotuję to na co mam ochotę i jemy to samo. Czasem jednak dopasowuję sposób podania do ich smaków np. zamiast chilli wolą zjeść osobno kukurydzę, fasolę i paprykę, więc zwykle odkładam im trochę warzyw w tej formie. Natomiast warto przynajmniej zaproponować to, co się przygotowało innego lub dać możliwość, by dziecko sobie samo nałożyło lub przynajmniej widziało jak jemy. Starsze dzieci mimo dość wyraźnie wyrobionych sobie smaków potrafią mnie zaskoczyć, gdy podbierają mi placki z buraczanym hummusem czy muszę ukrywać przed Kostkiem słoik z kokosowym bekonem.

  5. Trzymanie się starych przyzwyczajeń i nawyków żywieniowych – z tym jest trudno czasem walczyć, bo wpojone mi przez moją mamę zasady zwykle gdzieś kołaczą się w głowie. Ja przyzwyczaiłam się do tego, by nie pić zaraz po posiłku, bo to wyniosłam z domu. Zauważyłam jednak, że dzieciom często może być trudno bez popicia zjeść zwłaszcza jakieś suche jedzenie. Poza tym rzadko wołają, że chce im się pić, więc wykorzystując to, że są już zwołane do kuchni, przygotowuję im do każdego posiłku jakiś napój. Staram się przełamać pewne nawyki i proponować częściej warzywa oraz owoce do dań, do których tradycyjnie ich nie dodawałam. Obok jajecznicy nakładam dzieciom np. pomidorki czy oliwki, a obok placków świetnie sprawdzają się pokrojone owoce, które często znikają w pierwszej kolejności.

  6. Ograniczanie się do podawania ulubionych przez dzieci produktów – znam mamy, które tygodniami potrafiły podawać dzieciom naleśniki czy ziemniaki z kotletem, bo dzieci akurat tylko to chciały jeść. Nie gotowałam też nigdy drugiego obiadu, gdy dzieci pogardziły tym, co zaproponowałam. Jednak wykład Zuzanny Anteckiej o różnorodności uświadomił mi, że najczęściej na talerzach dzieci lądują pomidorki koktajlowe, bo je lubią, a tymczasem od dawna nie proponowałam im rzodkiewki, której tak naprawdę jeszcze nie zdążyły polubić. Mimo tego, że staram się gotować różnorodnie, to są dania i produkty, które pojawiają się regularnie na naszym stole, bo mam pewność, że dzieci je zjedzą. Jeśli gotuję coś nowego np. curry, to dodaję im na talerz jakieś pewniki typu ryż i ogórki. Gdy zależy mi, by zjadły coś podczas wizyty u rodziny czy w przedszkolu to też sięgam po sprawdzone dania jak rosół czy kotlety sojowe.

A CO UDAŁO MI SIĘ WYKLUCZYĆ PRZY KOLEJNYCH DZIECIACH?

  1. Picie z kupka-niekapka – ten kubek wydawał się świetnym rozwiązaniem, bo dzieci nie rozlewały wody i mogły pić z niego nawet w łóżeczku (butelka była w użyciu tylko podczas moich wyjść z domu i to przez kilka miesięcy). Okazało się jednak, że dzieci miały potem problem z przestawieniem się na zwykły kubek. Róża poszła już do przedszkola, gdzie piła z kubka bez przykrywki, a w domu płakała, że musi pić ze swojego ulubionego kubka z ustnikiem. Dopiero, gdy wieczko się poluzowało i przestało spełniać swoją funkcję, nagle okazało, że dzieci radzą się też świetnie ze zwykłym kubkiem. → Przy Anieli w ogóle ominęłam ten etap i od razu (ale to było później niż w 7 miesiącu) podawałam doidy cup lub kubeczek z uszkami bez wieczka. Ma teraz 14 miesięcy i pije z kubka zupę, wodę czy koktajl. Trochę porozlewa, więc nalewam nie dużo na raz, ale większość trafia do buzi.

  2. Przejście z karmienia piersią na mleko krowie – przy odstawianiu córki od piersi w 15 miesiącu zdecydowałam się wprowadzić jej mleko krowie w nocy i do zasypiania. Ponieważ wkrótce zaszłam w kolejną ciążę, bardzo źle wspominam nocne pobudki i podgrzewanie Róży mleka. → Przy synku zrezygnowałam z przyzwyczajenia go do regularnego picia mleka (którego nie uważam za niezbędny w diecie produkt i w domu pojawia się może raz w miesiącu). W nocy proponowałam mu wodę i szybko okazało się, że nocne picie w ogóle nie jest mu potrzebne. Nadal z przyzwyczajenia przygotowuję mu przed spaniem kubeczek z wodą, ale już tylko sporadycznie po niego sięga. Zwykle po przebudzeniu, po prostu biegnie do naszego łóżka i zasypia w nim, nawet nie wiem kiedy.

  3. Picie wody z sokiem – gdy czytam teraz jadłospis mojej córki, gdy miała 1,5 roku, już widzę w nim, że do picia pojawił się tłoczony sok owocowy z dodatkiem wody. W tym czasie córka piła także wodę, mleko czy herbatki. W którymś momencie zaczęła jednak żądać tylko wody z sokiem i bardzo niechętnie sięgała po samą wodę, i ten stan trwa właściwie do teraz. Pomimo tego, że mocno rozcieńczam ten sok, to jest to jednak przyzwyczajenie do słodkiego smaku oraz ma wpływ na podniesienie poziomu glukozy we krwi. Staram się teraz podawać słodsze napoje tylko do posiłków i częściej proponować samą wodę. → Najmłodszej córce poza koktajlami, zupą czy sporadycznie sokiem z wyciskarki podaję tylko wodę. I mam nadzieję jak najdłużej ten stan utrzymać.

 

Warto mieć świadomość, co możemy poprawiać na lepsze i na co zwracać uwagę przy karmieniu naszych dzieci, pamiętajmy jednak, że nie na wszystko mamy wpływ. Wprawdzie najmłodsza córka chętniej próbuje makaronów z sosem, za to mając 14 miesięcy jeszcze nie przekonała się do świeżych ogórków czy jajecznicy. Pomimo tego, że przez pierwsze lata życia najstarsza córka codziennie piła ze mną różne koktajle, to żadnego nie wypije więcej niż dwa łyki, bo po prostu nie odpowiada jej smak czy konsystencja. Dzieci mają swoje preferencje dotyczące smaku czy konsystencji i nawet przez częste proponowanie alternatyw mogą nie chcieć się do nich przekonać. Przecież żaden dorosły nie je tylko suchego chleba czy naleśników z dżemem. Dzieci w końcu dojrzeją do próbowania innych dań. Wprawdzie od nas zależy, co dziecku podamy, ale od niego czy to zje i w jakiej ilości, stąd zamiast się biczować i zamartwiać, warto czasem wrzucić na luz, pozwolić dziecku zjeść to, na co ma ochotę, by móc cieszyć się wspólnym posiłkiem.

Co robić, gdy dziecko nie chce jeść?

Co robić, gdy dziecko nie chce jeść?

Ten problem to jedna z najczęstszych przyczyn niepokojów rodziców dotycząca ich dzieci. W wyszukiwarce można znaleźć mnóstwo artykułów czy zapytań na forach na ten temat. Słowo niejadek odmieniane jest w nich na różne sposoby. Tymczasem jeszcze wiek temu problem dzieci, które nie chcą jeść w ogóle nie istniał.

Jadłospis dla 9 miesięcznego dziecka (wegetariański, zimowy)

Jadłospis dla 9 miesięcznego dziecka (wegetariański, zimowy)

Uwielbiam wypróbowywać nowe przepisy, ale ostatnio często wracam do swoich starych, wypróbowanych przepisów. Ponownie mam w domu niemowlę, więc przydatne są proste potrawy, których pełno u mnie na blogu. W tym tygodniu ponownie zachwyciła mnie prostota kluseczek z ugotowanego ryżu, które były gotowe w 7 

Nasze początki BLW

Nasze początki BLW

Mówi się, że do trzech razy sztuka, dlatego w przypadku mojego trzeciego dziecka czyli Anielki zdecydowałam się od początku rozszerzać jej dietę metodą BLW. W przypadku starszaków starałam się jak najczęściej proponować im do jedzenia coś do rączki, ale początki były tradycyjne. Synowi proponowałam jako pierwsze ugotowane warzywa, ale za szybko się poddałam i pojawiła się łyżeczka.

Jak wyglądały początki w przypadku Anieli?

Jednym z warunków rozpoczęcia BLW jest to, że dziecko siedzi w miarę stabilnie, co nie jest równoznaczne z tym, że samo siada. Córeczka skończyła właśnie 8 miesięcy i nadal jeszcze nie siedzi, bo jest to raczej ten typ chętnie eksplorujący świat z pozycji podłogi. Zaczęła zatem przygodę z BLW na moich kolanach, gdy skończyła pół roku. Chociaż wydawało mi się, że już sporo wiem o tej metodzie, to cały czas uczyłam się na własnych błędach. Gdy dałam miseczkę, to okazywało się, że cieszy się większym zainteresowaniem niż jej zawartość. Eksperymentowałam też z wielkością kawałków oraz stopniem ugotowania warzyw, od których zaczynaliśmy. Niestety większość rzeczy była rozgniatana w rączce, łącznie z bananem, który został podany częściowo ze skórką, by niby łatwiej było go trzymać.

Gdy już w końcu coś trafiło do buzi, to okazało się, że córeczka wypychała jedzenie językiem. Ponieważ jest to objaw tego, że dziecko nie jest jeszcze gotowe, to robiłam przerwę i ponawiałam próbę za 2-3 dni. Po doświadczeniach ze starszymi dziećmi wiem, że pierwszy miesiąc to czas, gdy dziecko dopiero uczy się co w ogóle ma robić z tym, co trafia do jego buzi i zjada przez ten czas naprawdę symboliczne ilości. Podeszłam więc do tego czasu bardzo na luzie. Proponowałam na próbę niewielkie ilości jedzenia, nie spodziewając się, że dziecko od razu rzuci się na nie z entuzjazmem.

Wśród proponowanych produktów w pierwszym miesiącu pojawiły się między innymi:

gotowane ziemniaki, dynia, marchewka, brokuł i kalafior, pieczone bataty oraz dynia, banan, awokado, makaron kukurydziany, tofu, chrupki kukurydziane czy dyniowe kopytka jaglane.

Dopiero pod koniec pierwszego miesiąca zaczęłam obserwować pewien postęp, jeśli chodzi o zainteresowanie jedzeniem i na dłużej trafiał kawałek jedzenia do rączki czy buzi. Zgrało się to z momentem, w którym zdecydowałam się, że córeczka będzie jadła w krzesełku. Odetchnęłam z ulgą i dopiero wtedy zaczęłam odczuwać pozytywny aspekt BLW związany z tym, że dziecko coś sobie samo dziobie, a mama w tym czasie sobie spokojnie je swój posiłek.

Drugi miesiąc rozszerzania diety

Wraz  z początkiem drugiego miesiąca postanowiłam zwiększyć częstotliwość oraz różnorodność podawanych pokarmów. Proponuję jedzenie 2-4 razy dziennie. Przede wszystkim są to dania, które gotuję dla całej rodziny. Założyłam sobie, że w jak najmniejszym stopniu będę gotować coś tylko dla Anieli.

Jakie były moje patenty?

  • piekąc chleb czy ciasto można przy okazji wrzucić kawałek dyni, ziemniaka czy batata
  • ziemniaki do obiadu można gotować na parze, przy okazji dorzucając brokuła czy kalafior
  • gotując bulion czy zupę wystarczy wrzucić kilka większych kawałków warzyw pokrojonych w słupki, które wyławiamy po ugotowaniu, a resztę zupy doprawiamy
  • zupę przed posoleniem odlewamy i miksujemy
  • w przypadku placków, kluseczek, burgerów, gofrów czy nawet prostych ciastek można odłożyć trochę ciasta przed dodaniem kontrowersyjnych składników typu sól czy cukier, wystarczy nadać charakterystyczny kształt, by odróżnić je od reszty

W jej menu pojawiły się nowe warzywa czy owoce, ale też nowe konsystencje. Próbowałam podawać początkowo na łyżeczce koktajl czy zupkę, ale zaciśnięte usta świadczyły o tym,  że ten sposób jej nie odpowiada (co niestety okazało się problemem, gdy pojawiła się konieczność podania antybiotyku). Przed nami zatem nauka jedzenia czy picia z doidy cupa, bo mamy go dopiero od niedawna. Na razie skupiałam się na produktach, które łatwo dziecku samemu chwycić. Zauważam już pewne preferencje typu chlebek czy tofu tak, ale brokuł pozostał nietknięty…

Miałam pewne wątpliwości czy wprowadzać już jajka czy gluten, bo przy drugim synu czekałam do 10 miesiąca, ale uznałam, że skoro córka mało je, to ilości tych produktów, które zje też nie będą przecież duże. Pojawiają się one na naszym stole, więc siłą rzeczy musiały trafić także na jej stoliczek. Na razie jednak wstrzymuję się z podaniem nabiału. Sama jem go bardzo sporadycznie i wiem, że nie jest dla dzieci niezbędny. Ponieważ jednak w daniach wegetariańskich jedzonych poza domem (np. w przedszkolu) jest często podawany, to za 2-3 miesiące będę go pewnie stopniowo wprowadzać.

Jak oceniam BLW w porównaniu z metodą tradycyjną?

Na pewno dużym plusem dla mnie jest fakt, że nie trzeba gotować dziecku osobno ani go specjalnie karmić. Przyznam szczerze, że przy trzecim dziecku po prostu nie miałam na to siły.  Źle wspominam też pozostające w lodówce resztki papek, z którymi nie wiadomo było co zrobić. Teraz jemy w tym samym czasie to samo, więc najwyżej zjem coś po córce lub ugotowane warzywo dorzucę do następnej potrawy.

Nie jest to jednak metoda dla osób, które chcą szybko odstawić dziecko od piersi. Gdy starsza córka miała 8 miesięcy już co najmniej jedno karmienie zastępowałam mlekiem. Tymczasem Anielę karmię  średnio co 1,5 godziny, a czasem częściej, bo nie zawsze godzina wspólnego posiłku zgrywa się z czasem jej karmienia, a metoda BLW zakłada że proponujemy pierś zaraz po posiłku. Zjadane ilości jedzenia są bardzo małe i trudniejsze do kontroli. W przypadku zupki wiedziałam, że było tam np. całe żółtko czy marchewka i wiedziałam ile mniej więcej z tego trafiło do brzuszka. Przy BLW zwykle okazuje się, że więcej jedzenia jest pod stoliczkiem niż w brzuszku. Co za tym idzie trudniej kontrolować dostarczane żelazo (o jego źródłach pisałam tutaj). Ponieważ nie miałam anemii w ciąży, to na razie jeszcze bez stresu pozwalam córce zapoznawać się z jedzeniem, nawet jeśli jeszcze nie dużo zjada.

Muszę przyznać, że metoda ta wymaga też pewnego mojego przełamania. Na razie unikam jeszcze podawania zbyt często bardzo brudzących potraw albo zbyt małych. Sama córka chyba nie bardzo lubi się brudzić, bo nie ma żadnego zlizywania kaszki z paluszków. Łyżeczka na razie służy bardziej do obgryzania i wymachiwania nią. Jeszcze wiele przed nami…

25 najlepszych roślinnych źródeł żelaza (z listą do druku)

25 najlepszych roślinnych źródeł żelaza (z listą do druku)

Światowa Organizacja Zdrowia i Amerykańska Akademia Pediatrii rekomendują wyłączne karmienie piersią aż do momentu ukończenia przez dziecko 6 miesięcy życia. Ważnym argumentem, by nie zwlekać z rozszerzaniem diety niemowlaka dłużej niż wskazane przez nich pół roku jest fakt, że mniej więcej w tym czasie wyczerpują 

Co zamiast gotowych kaszek dla niemowląt – część druga

Co zamiast gotowych kaszek dla niemowląt – część druga

Cieszy mnie fakt, że największym zainteresowaniem na moim blogu cieszy się wpis dotyczący samodzielnego przygotowywania kaszek dla niemowląt (Co zamiast gotowych kaszek dla niemowląt czyli kompletna instrukcja gotowania kasz). To dowód na to, że zdrowie naszych maluszków ma dla nas znaczenie, dlatego staramy się samodzielnie 

Sztuka kompromisu w kuchni czyli jak naprawdę jedzą moje dzieci

Sztuka kompromisu w kuchni czyli jak naprawdę jedzą moje dzieci

Mijają właśnie trzy lata od założenia tego bloga. Na usta samo ciśnie się konwencjonalne stwierdzenie, ile się w tym czasie zmieniło. Zmieniło i nie zmieniło. Nadal głównym środkiem myjącym jest w moim domu ocet, sama robię pastę do zębów, używam pieluszek wielorazowych (chociaż na dłuższe wyjścia zabieram jednorazowe),piekę sama chleb czy robię zdrowe słodycze. Co się zmieniło? Nie przybyło mi lat (wiadomo, to nie ja się starzeję, tylko moje dzieci rosną), za to przybyło mi dzieci. Miesiąc temu urodziła się Anielka i tym samym awansowałam w hierarchii rodzicielskiej, zostając rodzicem trójki dzieci. „Znowu? Tyle dzieci?” – tak zareagowała na tą wiadomość moja prawie pięcioletnia sąsiadka. Dzieci mówią szczerze co myślą.

O ile decyzja o drugim dziecku jest uznawana za coś oczywistego i oczekiwanego (każdy rodzic jednego dziecka usłyszy w końcu pytanie „A kiedy następne?”), to posiadanie trójki i większej liczby dzieci jest przyjmowane z podziwem lub powątpiewaniem, bo rodzice pewnie nie poradzą sobie z opieką nad nimi (a nabierają takiej pewności, obserwując mnie w kościele z trójką pociech, zastanawiającą się, które dziecko powinnam w pierwszej chwili uspokoić i wziąć na ręce). To oczywiste, że zaczyna brakować rąk na wspólnym spacerze, ale też zaczyna brakować miejsca w łóżku. W nocy lawiruję między śpiącym obok mnie synkiem, gotowym w każdej chwili zająć moją poduszkę, a starszą córką, która ulokowała się na moich nogach. Musze zastanawiać się nie tylko jak nakarmić w takich warunkach najmniejszą córeczkę, ale jak w ogóle wstać z łóżka czy zmienić pozycję.

Brakuje też oczywiście czasu. Jego zawsze jest za mało. Doba ma nadal 24 godziny, jednak to my decydujemy na co, chcemy ją poświęcić. Są wieczory, w których muszę rezygnować ze swoich handmadowych planów, bo po uśpieniu wszystkich maluchów jestem już zbyt zmęczona. Paradoksalnie jednak jest mi mniej szkoda spędzić wieczór z książką, bo bardziej cenię sobie ciszę i czas poświęcony dla siebie. Staram się też znajdować czas na to, co dla mnie istotne i związane jest ze zdrowiem mojej rodziny, starając się nie wyrzucać sobie momentów, gdy nie w pełni się to udaje.

Znacie zasadę 80/20? Można ją zastosować w różnych dziedzinach życia. Jeśli na co dzień dbamy o zdrowe odżywianie, możemy sobie pozwolić w weekend czy raz dziennie na jakieś odstępstwo. Mając dzieci i męża, nieprzekonanego do wszystkich wyczytanych przeze mnie w książkach mądrych rad, nie obywa się bez codziennych ustępstw i kompromisów:

  • Uwielbiam pieczony w domu chleb, ale nie piekę tak często, jak chciałby tego mój uwielbiający pieczywo mąż, więc gdy on przynosi z piekarni wielki bochenek białego chleba, moja motywacja do pieczenia spada i czasem sama się skuszę na niego na śniadanie czy zjedzą go moje dzieci, bo wiem że ciężko będzie mi wygrać z nim konkurencję, jeśli zrobię razowy chleb. Wolę, żeby się szybciej skończył sklepowy i wtedy mogę zrobić coś innego.
  • Za każdym razem obiecuję sobie, że już nie pójdę z dwuletnim synem do sklepu, ale po 3 dniach zapominam o tym, zmobilizowana siejącą pustką lodówką czy skuszona perspektywą zanurkowania w stoisku z warzywami i owocami. Przypominam sobie o tym, jeszcze zanim opuszczę ten dział z wózkiem załadowanym co najmniej do połowy i opuszczam go głowiąc się, czy dam radę dopchnąć wózek obładowany bananami (ile bym nie wzięła, ich zawsze jest za mało) i dójką dzieci oraz czy uda mi się jeszcze upchnąć w nim ryż oraz papier toaletowy, gdy muszę pilnować, by syn nie konsumował na miejscu winogron czy gruszek. Pokonana i skapitulowana zgadzam się na zakup bułki, za którą jest gotów wyskoczyć ze sklepowego wózka lub zawstydzona płacę za nadgryzione jajko niespodziankę upolowane podstępnie przy kasie.
  • Narażając się nierzadko na zdemolowanie domu, gdy zapomnę dać pociechom domową ciastolinę do zabawy, i mimo to rzucę się w wir gotowania, piekę bezglutenowe muffiny z cukinią czy potajemnie lepię kulki bakaliowe (niezbędne jest utrzymanie tego faktu w tajemnicy, inaczej Konstanty będzie szturmował lodówkę w ich poszukiwaniu i domagał się ich zamiast obiadu), żeby podać je na podwieczorek czy zabrać ze sobą na dłuższy spacer. Dzięki temu mogę ominąć pełen pokus sklep, gdy idę na plac zabaw. Gryzę się w język, gdy w weekend mój własny mąż wychodzi z propozycją zakupu lodów czy pączka, mimo tego że przezornie przygotowałam na wyjście cynamonki bez cukru. Pozawalam dzieciom wybrać jedną rzecz w sklepie, sama ulegam pokusie zjedzenia rogalika z czekoladą, by po kilku kęsach stwierdzić, że jest dla mnie już za słodki. Dla dzieci, mimo że zostały wychowane na bezcukrowych słodyczach, rzadko jest coś za słodkie, dlatego nawet w niedzielę musi obowiązywać je kontrola rodzicielska.
  • Moje dzieci nie jadły nigdy lizaka, danonków czy mlecznej kanapki. I żyją. I wcale nie domagają się ich w sklepie. Szybko przejeżdżamy przez dział ze słodyczami, wybierając tylko gorzką czekoladę z 70% kakao, co zwykle je zadowala, dopóki przy kasie nie wypatrzą jajek niespodzianek. Nie zawsze siła mojej sugestii, że już wybraliśmy coś słodkiego działa, więc od święta wychodzą ze sklepu, dzierżąc dumnie te jaja. Choć nierzadko spokój kończy się, zanim jeszcze opuszczę sklep, bo dzieci próbują namówić mnie na kolejny zakup, są brudne od czekolady czy płaczą, bo czekolada zgniotła się przy rozpakowywaniu.
  • Nie proponuję dzieciom wszystkich potraw czy sałatek, które przygotowuję, bo nie lubię marnowania jedzenia. Starsze pociechy są teraz dość wymagające, jeśli chodzi o jedzenie. Córce przeszkadzają płatki owsiane w koktajlu, a każdy banan przechodzi szczegółową kontrolę jakości pod kątem ewentualnych skaz czy plam. Syn z kolei wyławia ręką z owsianki rodzynki, a z zupy marchewkę, w najlepszym wypadku gorsze kąski zostawia na talerzu, a czasem brokuły po prostu wyrzuca. Wspólne jedzenie posiłków wymaga mocnych nerwów i morza cierpliwości. Nawet to, co dzieci lubią, może im nagle przestać smakować, dlatego nowości podaję raczej osobno i ich talerz obiadowy często przypomina budda bowl. Dzięki temu dzieci mają wybór i mogą zostawić to, co im nie zasmakuje. Mój przykład jednak często robi swoje i dzieci same pytają o to, co jem. W ten sposób dowiedziałam się, że mój syn jest fanem kokosowego bekonu.
  • Polubiłam picie samej wody i piję ją częściej niż herbatę, ale trudno przekonać mi do tego dzieci. Wystarczyło kilka razy dodać im do wody soku, by potem domagały się dodawania go za każdym razem. Na co dzień kupuję soki lepszej jakości (nie z koncentratu) i mocno je rozcieńczam, ale na spacery zabieram wodę i dzieci, o dziwo, piją ją wtedy bardzo chętnie.
  • Czasem czuje się złą matką, bo chowam przed synem masło (żeby nie wyjadał go prosto z papierka), pozwalam im zjeść bułkę zamiast obiadu czy staczam bezsensowne wojny nad talerzem makaronu z sosem, bo córka wolałaby zjeść sam makaron. Żeby przemycić niektóre zdrowe produkty, nierzadko uciekam się do podstępu. Brownie z fasoli weszło na stałe do repertuaru ciast, które przyrządzam. Jeśli nie chcą spróbować burgerów z ciecierzycy, proponuję im dodanie na talerz keczupu (ma wprawdzie cukier, ale też aktywujący się w gotowanych pomidorach likopen, co uspokaja trochę wyrzuty sumienia). Cel uświęca środki.

Więcej grzechów nie pamiętam. Poprawę obiecuję, bo cały czas zgłębiam wiedzę o zdrowym odżywianiu, a poza tym wierzę, że mój przykład zadziała i dzieci z wiekiem będą chętniej sięgały po warzywa. Staram się proponować mojej rodzinie jak najwięcej zdrowych rzeczy, ale nie panikuję, gdy moje dzieci u znajomych sięgną po delicje czy zjedzą trochę paluszków. Chcemy dla swoich dzieci jak najlepiej, ale przecież nam, rodzicom, też zdarza się ulegać pokusie. Nie żyjemy w świecie idealnym i dlatego w zetknięciu ze światem realnym musimy iść czasem na kompromisy. Także w kuchni.